poniedziałek, 24 listopada 2014

Chapter 1


Śnieg padał z coraz większą siłą, zapowiadała się wręcz prawdziwa zimowa zawierucha. Wielkimi krokami zbliżały się święta. Domek na wzgórzu wydawał się spokojnym miejscem, oazą wolną od chaosu, który rządził resztą świata. Jedyna droga, która tu się znajdowała, prowadziła przez bagniste łąki i mroczne lasy. Obok biegły tory. Niewielu podróżnych tędy przejeżdżało, a jeszcze mniej miało odwagę tutaj wysiadać. Ludzie bali się odwiedzać to miejsce. Wyczuwali złą energię płynącą z tego domu. Jednak prawda była całkowicie inna.

Budynek mimo tego, że z zewnątrz był wyłożony kamieniem, w środku nadal pozostawał przytulny i ciepły. Drzwi frontowe były ogromne i dębowe. Po obu stronach znajdowały się malutkie okienka, w których można było zobaczyć firanki i dużo kolorowych kwiatów. Na werandzie znajdowała się drewniana huśtawka, która teraz była zasypana śniegiem, tak samo jak dwa niskie schodki, które tu prowadziły. W rogu ogrodu rosły brzozy. Wśród ich jasnych gałęzi, zaplątało się światło księżyca, tworząc niespotykany widok. Zima, to była jej ulubiona pora roku.

Dziewczyna położyła zziębnięte dłonie na tafli szkła i w tym momencie zniknęła pustka w jej oczach, a zamiast tego pojawił się błysk, doskonale świadczący o tym, że wspomnienia wciąż nie chciały jej opuścić. Podziwiając przez niewielkie okno, zimowy krajobraz pełen iskrzącej się bieli, wspomniała pierwszy raz gdy się tu znalazła. Mimo tego, że miała zaledwie 3 latka, obrazy w jej głowie były bardzo wyraźne i kolorowe.

Odwróciła się i oparła głowę o zimną szybę. Powoli przesunęła wzrokiem po pokoju, w którym się znajdowała. Był urządzony w kolorze ciepłego brązu. Na wielkim łóżku, znajdowała się kremowa narzuta i ogromna ilość poduszek. Obok niego stała wysoka lampa, która w tym momencie była włączona. Po przeciwnej stronie łóżka, stała dębowa komoda. W jej wnętrzu trzymała wszystkie ubrania, których nie było za wiele. W rogu, ustawione było biurko, przy którym się uczyła. W tym roku kończyła szkołę. Jej ulubionym miejscem w pokoju, był regał z książkami i wygodny fotel z kocem, w którym spędzała największą ilość swojego wolnego czasu. W każdym możliwym miejscu w pomieszczeniu, znajdowały się przeróżne świeczki. W ciągu jednej sekundy każda z nich się zapaliła. Uwielbiała wieczory spędzane w pokoju. W końcu mieszka tu od 16 lat.

Gdy stała bez ruchu, przyszedł jej do głowy pewien pomysł. Chciała spędzić czas z Ciocią. Zgasiła lampkę i wyszła z pokoju. W tym samym momencie wszystkie świeczki tak po prostu zgasły. Zbiegła po schodach, wpadając do salonu jak strzała. Jednak cioci tam nie było. Jedynym znakiem, że znajduje się ona w domu był ogień palący się w kominku. Ciocia musiała znajdować się w kuchni. Intuicja nie zmyliła Abrielle. Jej opiekunka stała przy kuchence, przygotowując kolację.
- Co robisz? - zapytała. Była bardzo ciekawa, co tak pięknie pachnie.
- Twoją ulubioną lasagne ze szpinakiem. Muszę jutro pojechać do mojej siostry, jest w szpitalu. Nie mam pojęcia jak dużo czasu mi to zajmie, więc przygotowałam większą porcję.
Dziewczyna usiadła na blacie, przyglądając się cioci jak przygotowuje posiłek.
- Nie musiałaś się fatygować, sama mogłabym coś ugotować. - Ciocia popatrzyła na nią z miłością w oczach.
- Wiem o tym. Jednak wolę jak jesz coś zdrowego. A znając ciebie, zamówiłabyś pizzę.

Obie zaśmiały się głośno. Jednak mina Abrielle szybko zrzedła.
- Nie zamówiłabym pizzy, bo zawsze gdy podaje adres, telefon automatycznie się rozłącza. Nikt nie chce tu przyjeżdzać. - Ganymedes odłożyła drewnianą łyżkę i podeszła do smutnej dziewczyny. Przytuliła ją do siebie, wiedząc co czuje.

- Skarbie, wiesz, że to przez stereotypy. Ludzie nie lubią tu przyjeżdżać, bo nas nie znają. Jesteś cudowną, wartościową dziewczyną.
- To dlaczego nie mam przyjaciół? Nikt nie ma ochoty nawet ze mną rozmawiać, bo mieszkam tutaj. - Ciocia westchnęła. Nie chciała, by tak wyglądała przyszłość nastolatki.
- Przepraszam.. Nie tak to miało zabrzmieć. Ja naprawdę uwielbiam tutaj mieszkać, tylko czasami to trudne. Nawet nie wiesz jak ciężko jest nie móc odezwać się do nikogo w szkole. - Po jej minie, widać było, że jest tym wykończona. Nagle w pomieszczeniu rozległ się dźwięk dzwonka, oznajmującego koniec czasu pieczenia. Posiłek był gotowy. Abrielle przygotowała nakrycie stołu, a kobieta rozłożyła danie na talerze. Usiadły razem i rozmawiały, zapominając o tym, co stało się wcześniej.
Po posiłku, razem obejrzały film. Abrielle była zmęczona, więc wróciła do swojego pokoju. Wzięła prysznic i przebrała się w piżamę. Każdego wieczoru, wyobrażała sobie jakby to było, mieć normalną rodzinę, przyjaciół, chłopaka. Nie taka była jej historia. Jednak, dziewczyna nie żałowała tego życia. Miała wspaniałą ciocię, która się nią zaopiekowała, gdy nie miała całkowicie nikogo. Sama nie wiedziała, jak jej za to podziękować. Chyba do końca życia będzie miała u niej dług wdzięczności. Niebieskooka zasnęła, myśląc o tym, co by było, gdyby w jej życiu pojawił się ktoś inny niż Ganymedes.

Abrielle obudziła się w środku nocy. Co ją zdziwiło, nie znajdowała się w łóżku, tylko w środku lasu. Coś było nie tak. Intuicja nigdy jej nie zawodzi. Dotknęła swojej twarzy. Nie poczuła dotyku. To był sen. Często zdarzało jej się mieć realistyczne sny. Rozejrzała się po otoczeniu. Wszędzie były drzewa. Usłyszała trzask gałęzi. Był to chyba najgorszy odgłos, który można usłyszeć w lesie, gdzie wydaje się nam, że jesteśmy sami. Rozejrzała się ponownie. Tym razem zauważyła czarną postać chowającą się za drzewem. Kosiarz. Ogarnęła ją panika. Nie mogła się ruszyć, ciało odmówiło jej posłuszeństwa. Stała i wpatrywała się w niego, podczas gdy zbliżał się do niej powoli.

W świetle pełni ujrzała jego oczy. Przerażające, nieludzkie ślepia, w których czaiło się samo zło. Usta wykrzywił w pogardliwym uśmiechu, ukazując ostre, jak u dzikiego zwierza kły. Wyciągnął swoją dłoń, aby ją dotknąć. Przyglądała się temu, czując nagły przypływ adrenaliny. Zaczęła uciekać, w duszy modląc się aby ten potworny sen się skończył. Włożyła w to całą swoją energię. Biegła przed siebie, starając się nie przewrócić na wystających korzeniach. Doganiał ją, był coraz bliżej. Przez chwilę poczuła jak zaciska szpony na jej ramieniu. Strąciła dłoń, po czym przyspieszyła, skręcając w dróżkę prowadzącą wzdłuż torów. Starała się go zgubić, obróciła głowę w bok by sprawdzić czy jest blisko. Wtedy poczuła niemiłosierny ból, przeszywający ją całą. Był tak wielki, że straciła przytomność. Widziała tylko ciemność, otaczała ją pustka.
Budziła się, nadal była w lesie choć w innej jego części. Znała otoczenie domku jak własną kieszeń, ale tutaj nigdy nie była - wysokie świerki, których gałęzie zakrywały pochmurne niebo były dla niej nierozpoznawalne. Chciała dotknąć twarzy, nie mogła. Ktoś unieruchomił jej dłonie. Mimowolnie spróbowała nimi poruszyć, wtedy więzy zacisnęły się mocniej. Związał ją. Dopadł i chciał wykończyć. I wtedy go zobaczyła. Obserwował ją, a jego wzrok przeszywał ją całą. Podniósł się z ziemi, powoli zbliżając się do niej. Próbowała wypowiedzieć zaklęcie, na nic się to nie zdało.
- Twoja magia na nic tutaj nie zdziała, wiedźmo – wysyczał, po czym podszedł do niej – jesteś podobna do niej, zginiesz również tak jak ona.
Złapał ją za włosy, pociągnął w górę. Musiała wstać. Zaczął prowadzić ją w nieznanym kierunku. Nagle zobaczyła przed sobą ogromną przepaść. Znajdowała się na wzgórzu. Dlaczego wcześniej tego nie zauważyła? Widać stąd było całą okolicę, ale nie to teraz zajmowało jej myśli. Co on chce jej zrobić? Dlaczego nie może się obudzić? Dlaczego to wszystko się nie skończy? Pchnął ją, wpadła w przepaść, zaczęła spadać w dół. To był jej koniec, wiedziała że nie ma szans.. Że już nic jej nie uratuje.

Nagle obudziła się z krzykiem, oblana potem. Kołdra na łóżku była skopana, w pokoju było duszno. Zaczęła krzyczeć ile sił w płucach. Ktoś chciał jej zrobić krzywdę. Poczuła silny ból w lewym ramieniu, dotknęła tego miejsca i poczuła lepką ciecz. Spojrzała na zakrwawioną dłoń. Była w szoku. W takim stanie zastała ją ciocia.
-Abrielle co się dzieje?! –krzyknęła, po czym zamarła – Co się stało? Kto ci to zrobił? – powiedziała, wskazując na krwawiącą ranę.
-Koszmar.. – szepnęła zapłakana dziewczyna. Nie miała pojęcia co się właściwie stało.
Ganymedes przytuliła dziewczynę, wiedziała co się dzieje. Wyczuwała jego magię.
- Chodź, opatrzymy tą ranę. Nie płacz kochanie, wszystko będzie dobrze.

Dziewczyna wstała powoli z łóżka, wlekąc się w stronę drzwi. Ciocia szła zaraz za nią. Gdy Abrielle opuściła pokój, Ganymedes odwróciła się, sprawdzając go. Nie było w nim nic niepokojącego. Jednak, coś na dywanie błysnęło w świetle księżyca. Podeszłado tego miejsca. Była to zawieszka w kształcie węża, który oplatał dwie małe perełki. Należała ona do Yardleya, Ojca Abby. Był tu, albo odwiedził ją we śnie. Kobieta schowała ją w kieszeni w tym samym momencie, w którym drzwi zaskrzypiały.

- Coś nie tak? – usłyszała.
- Nie, nie, chciałam tylko coś sprawdzić. Chodźmy, na dole mam zioła, które pomogą uleczyć ranę. – Opuściły pokój, zamykając za sobą drzwi.


Ciocia dobrze wiedziała, że wcześniej nic takiego się nie zdarzyło. On coś planuje. I kiedy już wcieli swój spisek w życie, nie będzie ciekawie. To co Abrielle przeżyła we śnie, było niczym, w porównaniu do tego, co właśnie nadchodzi.

♥♥♥

CZYTASZ = KOMENTUJESZ

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz