Dzisiejsza pogoda była idealna na spacer. Śnieg pruszył
lekko. Było tak, jak zawsze jest na filmach. Cudownie. Abby wyszła właśnie z auta.
Miała ochotę na ciastko, więc po szkole od razu pojechała do małej kawiarni w
centrum. Było tam bardzo przytulnie, dlatego często lubiła tam przebywać razem
z ciocią. Jednak dzisiaj, cioci nie było,
musiała sama sobie zorganizować czas. Abrielle nadal była zła na chłopaka
którego imienia juz zdążyła zapomnieć. Justin! Tak, miał na imię Justin i był
najbardziej nieznośnym człowiekiem na świecie. Co ona mu do cholery zrobiła?
Nic. A on zachował się jak kompletny dupek. Dziewczyna zabrała ze sobą torbę i
weszła do małego budynku. Nikt jej tu nie oceniał po tym, gdzie mieszka.
W środku było ciepło i pachniało kawą. Uwielbiała ten zapach. Nie było tu dużo ludzi, co bardzo ją ucieszyło. Jej stałe miejsce było wolne. Kącik w rogu przy ścianie a obok było wielkie okno. Mogła widzieć wszystko co działo się na zewnątrz. Nastolatka ściągnęła zbędne ubrania i powiesiła je na wieszaku obok. Bluza, którą otrzymała od ledwo poznanego chłopaka, nadal nim pachniała. Nastolatka powąchała ją, kolejny już raz. Zapach był niesamowity. Uświadomiła sobie, że musi głupio wyglądać więc usiadła przy stoliku. Gdy tylko kelner podszedł, zamówiła szarlotkę z bitą śmietaną i lodami. Dawno jej nie jadła. Tak, była zima, ale komu by to przeszkadzało? Kiedy tak czekała na swoje ciasto, sięgnęła do torby i wyciągnęła książkę, którą miała przeczytać na angielski. Lubiła czytać, ale męczyły ją książki do szkoły. Starała się robić wszystko ostrożnie, w prawdzie jej ramię już nie bolało, ale nadal bała się o to, że rana się powiększy.
Po kilku chwilach kelner przyniósł jej zamówienie. Chciała zabrać się za jedzenie, jednak coś zastukało jej obok głowy. Wystraszyła się. Odwróciła wzrok, który napotkał Jareda. Ucieszyła się na jego widok, wiec pomachała mu i posłała najlepszy uśmiech, na jaki ją było stać. Odwzajemnił go. Abby myślała, że odejdzie ale on ruszył w stronę drzwi wejściowych. Odłożyła więc książkę i oparła się wygodnie o krzesło, czekając na chłopaka.
W środku było ciepło i pachniało kawą. Uwielbiała ten zapach. Nie było tu dużo ludzi, co bardzo ją ucieszyło. Jej stałe miejsce było wolne. Kącik w rogu przy ścianie a obok było wielkie okno. Mogła widzieć wszystko co działo się na zewnątrz. Nastolatka ściągnęła zbędne ubrania i powiesiła je na wieszaku obok. Bluza, którą otrzymała od ledwo poznanego chłopaka, nadal nim pachniała. Nastolatka powąchała ją, kolejny już raz. Zapach był niesamowity. Uświadomiła sobie, że musi głupio wyglądać więc usiadła przy stoliku. Gdy tylko kelner podszedł, zamówiła szarlotkę z bitą śmietaną i lodami. Dawno jej nie jadła. Tak, była zima, ale komu by to przeszkadzało? Kiedy tak czekała na swoje ciasto, sięgnęła do torby i wyciągnęła książkę, którą miała przeczytać na angielski. Lubiła czytać, ale męczyły ją książki do szkoły. Starała się robić wszystko ostrożnie, w prawdzie jej ramię już nie bolało, ale nadal bała się o to, że rana się powiększy.
Po kilku chwilach kelner przyniósł jej zamówienie. Chciała zabrać się za jedzenie, jednak coś zastukało jej obok głowy. Wystraszyła się. Odwróciła wzrok, który napotkał Jareda. Ucieszyła się na jego widok, wiec pomachała mu i posłała najlepszy uśmiech, na jaki ją było stać. Odwzajemnił go. Abby myślała, że odejdzie ale on ruszył w stronę drzwi wejściowych. Odłożyła więc książkę i oparła się wygodnie o krzesło, czekając na chłopaka.
- Cześć, co ty tu robisz? Myślałam, że jesteś umówiony z Justinem. – od razu
rozpoczęła romowę. Już się go nie wstydziła. No, może troszkę.
- No hej, nie wiedziałem, że Cię tu
spotkam. A z Justinem.. Ciężka sprawa, trochę się pokłóciliśmy ale nie chce o
tym teraz rozmawiać. Mogę się przysiąść?
- Tak, pewnie. – Abrielle nie widziała przeciwwskazań aby z nim spędzić trochę
czasu.
- Zamówiłaś coś? - zapytał chłopak.
-To co widać. Miałam zamiar się napić kawy ale nie wiem na jaką się zdecydować.
- Mogę ci coś zaproponować? Na mój koszt.
- Nie trzeba, mogę zapłacić za siebie.. – zawsze czuła się niekomfortowo w
takich sytuacjach, chociaż nie zdarzały się jej zbyt często.
- Naprawdę chcę to zrobić – uśmiechnął się. – potraktujmy to tak, jakbyś
została zaproszona przeze mnie, okej? W ramach przeprosin za dzisiejszą
sytuację. – tak, zapomniała już o tym, ale mogła przystać na taką propozycję. Przecież
nie często jakiś chłopak „zaprasza” ją do kawiarni. I to nie byle jaki chłopak.
Po kilku chwilach do ich stolika podszedł ten sam kelner, który był tu już
wcześniej.
- Czy chcą państwo złożyć jakieś zamówienie? – grzecznie zapytał.
- Poproszę to samo ciasto, co koleżanka i dwie latte karmelowe.
- Proszę poczekać kilka minut – uśmiechnął się życzliwie i odszedł. Przez
krótką chwilę panowała cisza, która nie była niezręczna. Wręcz przeciwnie. Mimo
to, że jeszcze się nie znali, czuli się dobrze w swoim towarzystwie, bez
jakichkolwiek słów.
- Znamy się dopiero kilka godzin. Chyba nie masz nic przeciwko, żebym zadał ci
kilka pytań? Chciałbym cię lepiej poznać. Oczywiście ty możesz zrobić to samo.
Wiem, mam lepszy pomysł! Zagrajmy w 20 pytań. – uśmiechnął się lekko. Czuła się
trochę zakłopotana. Jednak, pokiwała głową na tak, pakując kolejną łyżkę
szarlotki do ust. Była przepyszna, nic nie mogła na to poradzić. Po kilku
chwilach, kelner przyniósł ich zamówienie.
- No dobra, zaczynam. Masz rodzeństwo? – Jared zadał pierwsze pytanie, ale bała
się co będzie dalej. Nigdy nie lubiła mówić o swojej rodzinie. Przecież takowej
nie posiadała. Jej ciocia, nie była z nią spokrewniona. Chociaż zawdzięczała
jej swoje całe życie.
- Nie, nie mam rodzeństwa. A ty? – chciała, żeby przez chwilę uwaga skupiła się
na nim.
- Mam małą siostrzyczkę. Ma na imię Isabel, ale wszyscy mówią na nią Isa. Jest
naprawdę słodka, kocham ją najmocniej na świecie, jest moim oczkiem w głowie.
Ma zaledwie 3 latka. – Była w tym samym wieku, kiedy straciła swoją mamę. Abby
uśmiechnęła się na te słowa, chociaż wspomnienia przywoływały ból. Tęskniła za
mamą, chociaż nie miała okazji jej dobrze poznać. Ale dzieci kochają swoje
mamy, bez względu na wszystko. A ona poświęciła dla niej życie.
- Uwielbiam dzieci, ale nie mam z nimi zbyt dużo kontaktu. – tak naprawdę,
rzadko widywała jakiekolwiek dziecko. Ganymedes nie miała rodziny, a
przynajmniej o takowej nie wspominała, więc były same.
- Nie masz żadnych kuzynów? – zapytał Jared. Nie mówił tego z wyrzutem. Przecież
nie każdy ma w rodzinie dzieci.
- Nie.. – dopiero teraz uświadomiła sobie, jak dużo na tym traciła. Nigdy nie
widziała, jak dziecko stawia pierwsze kroczki, jak zaczyna mówić. Musi to być
coś pięknego.
- No cóż, kiedy moja siostrzyczka do mnie przyjedzie, osobiście ci ją
przedstawię.
- Nie mieszkasz z nią? – ciekawiło ją to, chociaż zrozumiałaby, gdyby nie
chciał o tym mówić.
- Aktualnie mieszkam sam, moja mama mieszka w Anglii razem z Isą. Niedawno u
nich byłem, teraz czekam aż one przylecą do mnie. – chyba jednak nie miał
problemu z mówieniem o tym. Może już się do tego przyzwyczaił. Nie chciała
pytać o jego tatę, to mogło być już za wiele. – No więc, jak to jest być
jedynaczką? Twoi rodzice pewnie nieźle cię rozpieszczają. – Abrielle poczuła
ukłucie w sercu. Bolało ją to, że wszyscy mają normalne rodziny, tylko nie ona.
Ale zdawała sobie sprawę, że jako jedyna, ma taką moc, której nie mają inni.
- Chciałabym – odpowiedziała, uśmiechając się lekko i patrząć za okno. Bolało
jak cholera, ale to nie jego wina. – Straciłam rodziców gdy miała 3 lata.
Mieszkam z przyszywaną ciocią. – Chłopak zamilkł na kilka chwil. Pewnie nie
wiedział co powiedzieć. Nikt w tej sytuacji by nie wiedział.
- Przepraszam, nie wiedziałem.. Przykro mi. – widać było, że jest mu z tym źle.
Złapał ją delikatnie za dłoń i pogładził kciukiem po jej wierzchu, po czym
delikatnie ścisnął, dając jej znak, że ją rozumie.
- W porządku, można się do tego przyzwyczaić. – uśmiechnęła się do niego lekko,
co odwzajemnił. Tak naprawdę, miała ochotę się rozpłakać, ale nie mogła tego
zrobić w kawiarnii, przy nim. Poczeka z tym, aż wróci do domu. Przez resztę
spotkania rozmawiali o mniej ważnych rzeczach. Poznali się lepiej, Jared wydawał
się być naprawdę miłym chłopakiem.
- Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś dasz się zaprosić na kawę- uśmiechnął się
lekko. Stali pod małym daszkiem, niedaleko auta niebieskookiej. Śnieg sypał z
większą siłą. Zaczynalo się robić ciemno, ale jeszcze nie na tyle, by lampy
uliczne się zaświeciły.
- Pewnie. – także uśmiechnęła się do niego.
- A więc do jutra – powiedział chłopak, przytulając lekko do siebie dziewczyne.
Jakaś niewytłumaczalna więź, zaczęła się pomiędzy nimi tworzyć.
- Do zobaczenia – powiedziała nastolatka i odeszła w stronę swojego samochodu. Czuła
się szczęśliwa. Dawno nie rozmawiała z nikim w swoim wieku, zwłaszcza z jakimś
chłopakiem. Chociaż poznali się dzisiaj, miała wrażenie że zna go pół roku.
Usiadła w swoim aucie, kładąc torebkę na miejscu pasażera. Chodnikami
przechodziło coraz mniej ludzi. Wszyscy zaszywali sie w domu. Nawet nie
wiedzieli co tracą. Przecież było tak pięknie! Na szybę spadły dwie śnieżynki.
Uśmiechnęła się. Zapomniała o tym, że to co ją otacza jest idealne. Nie myślała
o niczym, tylko o sobie. Zachowywała się jak egoistka. A przecież nie chciała
nią być. Ruszyła z parkingu, w stronę swojego domu, który stoi pusty i zimny.
Będzie musiała rozpalić w kominku. Chyba przy nim spędzi resztę swojego
dzisiejszego wieczoru. Jechała ze stałą prędkością, nie spiesząc się. Po
kilkunastu minutach, wjechała na drogę, która prowadziła przez las. Bała się, bo
przecież robiło się coraz ciemniej. Przycisnęła pedał gazu, chciała go jak
najszybciej minąć. Licznik wskazywał 100km/h, miała szczęście, że szosa nie
była oblodzona.
Nagle, zza drzew wyłoniła się czarna postać, która przebiegła szybko przez ulicę. Abrielle zahamowała ostro. Jej serce biło coraz szybciej, lodowate ręce, trzęsły się. Auto zgasło. To chyba najgorsza możliwa sytuacja, kiedy znajdujecie się w lesie, jest coraz ciemniej, auto gaśnie i niezidentyfikowane coś przebiega przez ulicę. Bo przecież tak dużo ludzi ma styczność z nadprzyrodzonymi istotami. Nie wiedziała co robić. Starała się przekręcić kluczyk w stacyjce, chociaż silnik nadal nie zaskoczył. Usłyszała trask gałęzi, chociaż miała zamknięte okna. Kiedy myślała, że serce wypadnie jej przez klatkę piersiową, auto odpaliło. Ruszyła z piskiem opon, uciekając z tamtego miejsca. Nie wiedziała co to było, ale bała się jak cholera. Nie miała też pojęcia, co czeka ją pod domem. Skręciła w boczną uliczkę, ponieważ chciała znaleźć się jak najszybciej w domu, dlatego pojedzie krótszą drogą, od tyłu budynku.
Gdy była już niedaleko, zauważyla palące się światła w salonie. Odruchowo zgasiła silnik. Wiedziała, że jej ciocia jeszcze nie wróciła, więc ktoś musiał sie włamać. Nie chciała dzwonić na policję, znając życie, nie przyjechaliby pod adres, jaki by im podała. Wysiadła z auta, z nogami jak z waty. Weszła pomiędzy drzewa, chowając się, aby nikt jej nie zobaczył. Gdy znalazła się na przeciwko drzwi frontowych, klamka zaczęła się ruszać. Wstrzymała oddech, czekając na rozwój wydarzeń. Po kilku sekundach, na werandzie stanął mężczyzna, ubrany na czarno, miał kaptur na głowie. Kiedy myślała, że odejdzie, starała sie rzucić na niego zaklęcie zniewalające. Jednak, nawet najcichszy szept był tak głośny, że ją usłyszał.
Odwrócił się w jej stronę i uśmiechnął się. W świetle księżyca, zobaczyła jego oczy. Poznała go. To on był w jej śnie. To on ją zranił. Nie wygądał tak jak upiór z jej koszmaru, ale w jego oczach, zobaczyła to samo zło, które widziała wtedy, we śnie. Wystraszyła się, wciągając głęboko powietrze. Postać nagle zniknęła jej z oczu. Odetchnęła z ulgą, mając nadzieję, że już więcej go nie zobaczy. Gdy myślała, że to już koniec coś nagle poruszyło się za nią. Odwróciła się w tamtą stronę i zobaczyła tę straszną, ale jednocześnie piękną twarz. Stała, jak sparaliżowana. Chciała uciekać, ale jej nogi odmówiły posłuszeństwa. Chciała krzyczeć, ale ogromna gula utworzyła się w jej gardle, której nie mogła przełknąć. Mężczyzna wyciągnął rekę w jej stronę. Bała się, że to koniec jej życia. Jednak on delikatnie pogłaskał jej policzek, położył kciuk na dolnej wardze i przesunął po niej z czułością. Dreszcze przebiegły po jej całym ciele, niczym prąd. Nie wiedziała, dlaczego tak reaguje.
Nagle, zza drzew wyłoniła się czarna postać, która przebiegła szybko przez ulicę. Abrielle zahamowała ostro. Jej serce biło coraz szybciej, lodowate ręce, trzęsły się. Auto zgasło. To chyba najgorsza możliwa sytuacja, kiedy znajdujecie się w lesie, jest coraz ciemniej, auto gaśnie i niezidentyfikowane coś przebiega przez ulicę. Bo przecież tak dużo ludzi ma styczność z nadprzyrodzonymi istotami. Nie wiedziała co robić. Starała się przekręcić kluczyk w stacyjce, chociaż silnik nadal nie zaskoczył. Usłyszała trask gałęzi, chociaż miała zamknięte okna. Kiedy myślała, że serce wypadnie jej przez klatkę piersiową, auto odpaliło. Ruszyła z piskiem opon, uciekając z tamtego miejsca. Nie wiedziała co to było, ale bała się jak cholera. Nie miała też pojęcia, co czeka ją pod domem. Skręciła w boczną uliczkę, ponieważ chciała znaleźć się jak najszybciej w domu, dlatego pojedzie krótszą drogą, od tyłu budynku.
Gdy była już niedaleko, zauważyla palące się światła w salonie. Odruchowo zgasiła silnik. Wiedziała, że jej ciocia jeszcze nie wróciła, więc ktoś musiał sie włamać. Nie chciała dzwonić na policję, znając życie, nie przyjechaliby pod adres, jaki by im podała. Wysiadła z auta, z nogami jak z waty. Weszła pomiędzy drzewa, chowając się, aby nikt jej nie zobaczył. Gdy znalazła się na przeciwko drzwi frontowych, klamka zaczęła się ruszać. Wstrzymała oddech, czekając na rozwój wydarzeń. Po kilku sekundach, na werandzie stanął mężczyzna, ubrany na czarno, miał kaptur na głowie. Kiedy myślała, że odejdzie, starała sie rzucić na niego zaklęcie zniewalające. Jednak, nawet najcichszy szept był tak głośny, że ją usłyszał.
Odwrócił się w jej stronę i uśmiechnął się. W świetle księżyca, zobaczyła jego oczy. Poznała go. To on był w jej śnie. To on ją zranił. Nie wygądał tak jak upiór z jej koszmaru, ale w jego oczach, zobaczyła to samo zło, które widziała wtedy, we śnie. Wystraszyła się, wciągając głęboko powietrze. Postać nagle zniknęła jej z oczu. Odetchnęła z ulgą, mając nadzieję, że już więcej go nie zobaczy. Gdy myślała, że to już koniec coś nagle poruszyło się za nią. Odwróciła się w tamtą stronę i zobaczyła tę straszną, ale jednocześnie piękną twarz. Stała, jak sparaliżowana. Chciała uciekać, ale jej nogi odmówiły posłuszeństwa. Chciała krzyczeć, ale ogromna gula utworzyła się w jej gardle, której nie mogła przełknąć. Mężczyzna wyciągnął rekę w jej stronę. Bała się, że to koniec jej życia. Jednak on delikatnie pogłaskał jej policzek, położył kciuk na dolnej wardze i przesunął po niej z czułością. Dreszcze przebiegły po jej całym ciele, niczym prąd. Nie wiedziała, dlaczego tak reaguje.
- Do zobaczenia wkrótce. – odezwał się, po czym zniknął. To co działo się w jej
wnętrzu, było nie do opisania. Czy spotka ją dziś coś jeszcze gorszego?
Gdy odzyskała siłę w nogach, puściła się biegiem w stronę domu. Chciała się tam jak najszybciej znaleźć, bezpieczna. Zamknęła za sobą drzwi na wszystkie możliwe spusty. Zasunęła wszystkie rolety, bojąc się, że może zobaczyć coś, co kryje się w lesie. Niekontrolowane łzy zaczęły spływać po jej policzkach. Szybko ropaliła ogień w kominku. Zabrała koc i poduszki, kładąc się na dywanie przy ogniu, zapominając nawet o zranionym rzmieniu. Bała się, że coś może jej się stać. Bała się, że bliższa znajomość z Jaredem narazi go na niebezpieczeństwo. Przecież ona nie jest normalna i wiedziała to od zawsze. Ale chciała mieć chociaż w połowie normalne życie. Bała się też tego, co czuła, gdy ten obcy mężczyzna ją dotykał. Przecież on był groźny. Nie mógł jej się podobać. Zaczęła szlochać jeszcze bardziej. Dlaczego nie mogło tu być jej cioci, która by jej pomogła? Dlaczego to wszystko dzieje się akurat dzisiaj? Dlaczego nie mogła mieć normalnej rodziny, być normalną nastolatką, bez żadnych mocy? Tak bardzo tęskniłą za swoją mamą. Chciała móc z nią porozmawiać, przytulić, wiedząc, że w jej ramionach będzie bezpieczna. Wpadła na świetny pomysł. Przecież była wystarczająco silna, by przywołać mamę do siebie. Przynajmniej mogła spróbować. Otarła twarz z łez, uspokajając się. Wstała z podłogi jak poparzona. Dlaczego nigdy wcześniej na to nie wpadła? Abby zaczęła biegać po domu, zbierając wszystkie możliwe świeczki. Z pokoju Ganymedes zabrała kilka gałązek szałwii i buteleczkę z wyciągiem z jaśminu. Będzie ich potrzebować do zaklęcia. Kolejne rzeczy które przyniosła, to ostry nóż i mała miska. Kiedy wszystko położyła na stoliku, poszła do swojego pokoju po jedyną rzecz jaką miała po mamie. Medalik w kształcie gwiazdki. Pamiętała, że mama ją tak zawsze nazywała. Była jej gwiazdką. Zeszła powoli na dół, gasząc za sobą światła. W salonie, na podłodze ułożyła bardzo duży okrąg ze świec. Gdy weszła do środka i położyła wszystko na podłodze, każda po kolei powoli się zapalała. Ogień z kominka może jej tylko pomóc. Usiadła przed miską, do której wlała 4 krople jaśminu. Wzięła nóż i przecięła dłoń, z której zaczęła kapać krew. Gdy wypłynęło jej wystarczająco dużo, zapaliła gałązki szałwii o największą świecę i włożyła do miski. Powoli, wszystko zaczęło się mieszać, zabrała medalik do krwawącej jeszcze ręki i ścisnęła go mocno, zamykając oczy, wypowiedziała słowa ‘dies nox tenebris lumen output potentia virtutis, dies nox tenebris lumen output potentia virtutis’ w głowie przywoływując obraz mamy. Płomienie zaczęły wydawać się jeszcze większe niż do tej pory. Z miski uchodził dym, który drażnił jej nozdrza, ale to nie przeszkodziło jej w wypowiadaniu zaklęcia. Z jej nosa, zaczęła lecieć krew, co oznaczało, że używa zbyt dużo magii na raz. Gdy skończyła, świece zgasły. Pozostał tylko ogień w kominku, który dawał wystarczająco dużo światła. Otworzyła powoli oczy.
Gdy odzyskała siłę w nogach, puściła się biegiem w stronę domu. Chciała się tam jak najszybciej znaleźć, bezpieczna. Zamknęła za sobą drzwi na wszystkie możliwe spusty. Zasunęła wszystkie rolety, bojąc się, że może zobaczyć coś, co kryje się w lesie. Niekontrolowane łzy zaczęły spływać po jej policzkach. Szybko ropaliła ogień w kominku. Zabrała koc i poduszki, kładąc się na dywanie przy ogniu, zapominając nawet o zranionym rzmieniu. Bała się, że coś może jej się stać. Bała się, że bliższa znajomość z Jaredem narazi go na niebezpieczeństwo. Przecież ona nie jest normalna i wiedziała to od zawsze. Ale chciała mieć chociaż w połowie normalne życie. Bała się też tego, co czuła, gdy ten obcy mężczyzna ją dotykał. Przecież on był groźny. Nie mógł jej się podobać. Zaczęła szlochać jeszcze bardziej. Dlaczego nie mogło tu być jej cioci, która by jej pomogła? Dlaczego to wszystko dzieje się akurat dzisiaj? Dlaczego nie mogła mieć normalnej rodziny, być normalną nastolatką, bez żadnych mocy? Tak bardzo tęskniłą za swoją mamą. Chciała móc z nią porozmawiać, przytulić, wiedząc, że w jej ramionach będzie bezpieczna. Wpadła na świetny pomysł. Przecież była wystarczająco silna, by przywołać mamę do siebie. Przynajmniej mogła spróbować. Otarła twarz z łez, uspokajając się. Wstała z podłogi jak poparzona. Dlaczego nigdy wcześniej na to nie wpadła? Abby zaczęła biegać po domu, zbierając wszystkie możliwe świeczki. Z pokoju Ganymedes zabrała kilka gałązek szałwii i buteleczkę z wyciągiem z jaśminu. Będzie ich potrzebować do zaklęcia. Kolejne rzeczy które przyniosła, to ostry nóż i mała miska. Kiedy wszystko położyła na stoliku, poszła do swojego pokoju po jedyną rzecz jaką miała po mamie. Medalik w kształcie gwiazdki. Pamiętała, że mama ją tak zawsze nazywała. Była jej gwiazdką. Zeszła powoli na dół, gasząc za sobą światła. W salonie, na podłodze ułożyła bardzo duży okrąg ze świec. Gdy weszła do środka i położyła wszystko na podłodze, każda po kolei powoli się zapalała. Ogień z kominka może jej tylko pomóc. Usiadła przed miską, do której wlała 4 krople jaśminu. Wzięła nóż i przecięła dłoń, z której zaczęła kapać krew. Gdy wypłynęło jej wystarczająco dużo, zapaliła gałązki szałwii o największą świecę i włożyła do miski. Powoli, wszystko zaczęło się mieszać, zabrała medalik do krwawącej jeszcze ręki i ścisnęła go mocno, zamykając oczy, wypowiedziała słowa ‘dies nox tenebris lumen output potentia virtutis, dies nox tenebris lumen output potentia virtutis’ w głowie przywoływując obraz mamy. Płomienie zaczęły wydawać się jeszcze większe niż do tej pory. Z miski uchodził dym, który drażnił jej nozdrza, ale to nie przeszkodziło jej w wypowiadaniu zaklęcia. Z jej nosa, zaczęła lecieć krew, co oznaczało, że używa zbyt dużo magii na raz. Gdy skończyła, świece zgasły. Pozostał tylko ogień w kominku, który dawał wystarczająco dużo światła. Otworzyła powoli oczy.
- Hadiya – wypowiedziała imię swojej matki i osunęła się na ziemię, tracąc
przytomność. Kosztowało ją to wiele wysiłku. Po kilku sekundach, minutach lub
godzinach, poczuła delikatny dotyk na policzku.
- Obudź się kochanie, proszę. – usłyszała cichy szept, wypowiadany przez osobę
o głosie tak delikatnym, jak piórko. Po raz kolejny otworzyła ciężkie powieki i
ujrzała piękną kobietę. Od razu ją poznała. Miała to ‘coś’ w oczach. Udało jej
się.
- Mama – powiedziała, i padła jej w ramiona, czując się tak bardzo bezpieczna,
jak jeszcze nigdy w życiu.
♥♥♥
♥♥♥
Kto został, to myśliy, że się cieszy :) Kochamy was, naprawdę, przepraszamy za długą nieobecność i postaramy się to naprawić! xoxo