Coś nie dawało mu spać, powoli jego umysł zaczął rejestrować
znany dźwięk. Budzik. Najwyższa pora wstawać. Spojrzał na zegarek 6.50. I w tym
momencie wyskoczył z łóżka jak poparzony. Był spóźniony, miał 10 minut do
rozpoczęcia pierwszej lekcji. Szybkim krokiem udał się w kierunku łazienki,
załatwić swoją potrzebę, umyć zęby. Włosy
pozostawił w charakterystycznym nieładzie. Nie miał czasu ich poprawiać. Włożył
na siebie czarne rurki i bluzę, po czym popędził w stronę kuchni, w której zastał
gotowe śniadanie. Obok niego leżała karteczka "Musiałam wcześniej wyjść,
nagłe wezwanie. Zjedz śniadanie i nie spóźnij się po raz kolejny do szkoły.
Oddaje ci kluczyki do auta, wiszą przy drzwiach. Kocham, mama ♡
" Ciekawe, czy jego tata także wyjechał już do pracy. Kanapki zapakował do
woreczka z myślą, że zje je w szkole. Ubrał na
siebie kurtkę, czapkę i buty, złapał w biegu kluczyki po czym wybiegł z
domu, wcześniej zamykając drzwi na klucz. 6.57
był cholernie spóźniony, do szkoły miał 10 minut samochodem.
Wyjechał z garażu, po drodze kilka razy przekraczając dozwoloną prędkość. W tej chwili było to mało ważne. Musiał zdążyć. 7.03 zaparkował swój samochód, co było nie lada wyzwaniem. Pobiegł w stronę szkoły, nie myśląc o tym, że jest ślisko. Spostrzegł się dopiero wtedy, gdy wylądował w pięknej zaspie śnieżnej. Pech nad nim czuwał, strzepał z siebie śnieg, mrucząc pod nosem różne niecenzuralne słowa, po czym powoli, tym razem uważnie powędrował do szkoły. Do klasy wszedł równo z nauczycielem, zajął swoje miejsce, rozejrzał się po klasie. Zobaczył swojego kumpla Jareda, który siedział po przeciwnej stronie sali. Nauczyciel rozsadził ich w 2 dzień szkoły i lepiej było z nim nie zaczynać. Kiwnął mu głową. Pogada z nim na przerwie. Właśnie zaczynało się piekło - historia. Coś czego nie lubił najbardziej, miał nadzieję, że nie będzie dzisiaj pytany. Pan Scott, zamiłowany historyk, od dawna powinien był przejść na emeryturę. Dzisiaj szczęście uśmiechnęło się do wszystkich, gdyż szanowny pan nie mógł poradzić sobie z nowoczesną technologią. Justin podziękował w duchu temu, kto wymyślił dzienniki elektryczne.
Lekcja minęła dość szybko, odpisał na parę sms, rozmawiał z Jaredem. Później było już z górki, matematyka z którą nie miał żadnych problemów, wf. Dzień jak co dzień. Ostatnia lekcja to geografia. Gdy usiadł w ławce, czekał na swojego przyjaciela. Jednak on nie pojawiał się.
- Justin, gdzie twój kolega z ławki? – zapytała Pani Scarleton sprawdzając obecność.
- Nie mam pojęcia. Chyba źle się poczuł. – musiał chronić mu dupę.
- Tak jak zawsze na moich lekcjach. Przekaż mu, że może być zagrożony z mojego przedmiotu.
- Tak jest proszę Pani. – Justin wyciągnął telefon i dzwonił do Jareda. Nie odbierał. Co za idiota. Wysłał do niego kilka smsów. Nadal nic.
- Przepraszam, czy mogę wyjść do łazienki? – nauczyciele nie mieli z tym problemów, zwłaszcza gdy chodziło o Justina.
- Jasne. Tylko wracaj szybko.
- Zrobię co w mojej mocy. – nastolatek zaśmiał się, tak jak reszta klasy. Wyszedł na korytarz. Miał zamiar znaleźć Jareda, wiedział, że jest gdzieś w szkole. Miał takie przeczucie. Szedł bocznym korytarzem, widząc część barczystego chłopaka.
- Jared, do jasnej cholery tu jesteś! Naucz się odpisywać na smsy! – wykrzyczał, ale na tyle cicho, aby nie usłyszał go nikt z jakiejkolwiek klasy.
- Kurwa Justin, wytłumacz mnie jakoś u nauczyciela. Muszę ją zaprowadzić do gabinetu, uderzyłem ją, a ona zaczęła krwawić. – odpowiedział. Wyglądał na zdenerwowanego.
- Miałam już ranę, więc to nie twoja wina. Po prostu ją uraziłam. – Powiedziała dziewczyna, której obecność, zauważył dopiero teraz. Spojrzał na nią, na pierwszy rzut oka wyglądała normalnie.
- O kurcze, co ci się stało? – powiedział Justin, patrząc na jej zakrwawiony sweter.
- Mały wypadek. – odpowiedziała.
- To nie wygląda na mały wypadek, ale nie będę się wtrącał. Masz teraz jakąś lekcję? – zapytał tylko dlatego, że nie chciał, aby jego przyjaciel miał problemy.
- Biologia. – powiedziała cicho. Co z nią nie tak? Wstydziła się każdego człowieka na ziemi, czy co?
- Dobra, zaprowadź ją tam, ja się zajmę nauczycielami. Jak będzie po wszystkim, zadzwoń do mnie okej? – powiedział, nie zwracając już uwagi na nastolatkę.
- Okej – ruszyli znów wzdłuż korytarza.
Justin pobiegł w stronę schodów. Sala biologiczna była jego celem. Gdy już wszystko opowiedział z przekonaniem nauczycielce, wrócił na swoją lekcję. Tam też użył swojego uroku.
- Przepraszam, że nie było mnie tak długo, ale po drodze spotkałem Jareda. Musiał odprowadzić jakąś dziewczynę do higienistki. Od razu mówię, że nie wiem co się stało. – Pani Scarleton mu uwierzyła. Usiadł w swojej ławce, mając nadzieję, że ostanie 30 minut szybko zleci.
Gdy dzwonek w końcu zadzwonił, wyszedł szybko z klasy. Miał zamiar znaleźć swojego przyjaciela. Nie miał zamiaru jednak biegać po całej szkole, więc wyciągnął telefon z kieszeni i wybrał numer Jareda. Po kilku sygnałach, odebrał.
- Co tam? Jestem pod gabinetem.
- Dalej? Z tą dziewczyną? – nie miał pojęcia dlaczego, ale go wkurzała. Tak cholernie go wkurzała, że miał nadzieję, że jego kumpel nie będzie chciał z nią utrzymywać kontaktu.
- Tak, czy to jakiś problem? – zapytał.
- Nie. Zaraz tam będę. – ruszył powolnym krokiem w drugim kierunku niż wszyscy uczniowie, którzy skończyli już lekcje. Skręcił w lewo, zauważając chłopaka i nadal tą samą dziewczynę, jednak tym razem była inaczej ubrana. Czy ona ma na sobie jego bluzę? Przecież on zna ją ledwie godzinę i już daje jej swoją bluzę? Upadł na mózg, czy co? Oboje zwrócili wzrok na niego.
- Stary, mam ci przekazać, że możesz być zagrożony z geografii.
- Taaa, no cóż nie jest mi z tego powodu smutno – zaśmiał się cicho, co wywołało uśmiech na dziewczynie, która stała obok.
- To jak? Idziemy już? – zapytał Justin. Nie wiedział, co w niej go tak odpycha. Nie była brzydka, ale też nie w jego guście. Wydawało mu się, że też nie w guście Jareda.
- Tak, idziemy. Abby chcesz może iść z nami? – to go totalnie zszokowało. Już chyba kompletnie postradał zmysły.
- Ja.. Wiesz.. – ciekawiło go to, co sprawia, że jest tak bardzo nie śmiała, ale nie miał żadnej potrzeby by się o tym dowiedzieć.
- Serio? Mieliśmy iść sami. – wkurzył się lekko. Dawno się ze sobą nie widzieli, a on chce zabrać ledwo poznaną dziewczynę ze sobą?
- Okej, widzę, że nie jestem mile widziana. Nie przejmuj się, nie miałam zamiaru iść – zwróciła się do chłopaka o uśmiechu, który zwalił ją z nóg. – Bluzę oddam ci jutro. Cześć – odwróciła się na pięcie i odeszła.
- Zaczekaj, on tego nie miał na myśli! – odpowiedział. Jednak wiedział, że to nieprawda. Jeśli Justinowi coś nie pasowało, mówił o tym otwarcie. Chociaż nie zawsze było to miłe.
- Jestem pewna, że jednak miał. – uśmiechnęła się lekko i odeszła.
- Stary, odbiło ci?! Co ty sobie do cholery myślałeś? – zaczął krzyczeć Jared.
- Ej, ej. Tylko nie pokłóćmy się o jakąś tam laskę, okej? Dopiero co wróciłeś i już mamy się do siebie nie odzywać? Stary, daj spokój.
- Nie, to ty daj spokój. Co ona ci zrobiła? Chciałem jej jakoś wynagrodzić to, co jej zrobiłem. Nie widziałeś w jakim była stanie. W ogóle jej nie znasz. Nie mam ochoty z tobą gadać. Zmieniłeś się. Wkurzasz mnie swoim szczeniackim zachowaniem. Wolałbym mieć starego Justina przy sobie. Cześć. – Słowa wylatywały z niego jak torpeda. Odszedł, nie mówiąc żadnego słowa. A jednak, pokłócili się przez laskę. Nie mógł uwierzyć, że kiedyś do tego dojdzie. Okej, może zachował się trochę chamsko, może jej nie znał. Ale nie wyglądała na osobę, która chciałaby poszerzyć grono swoich przyjaciół.
Wkurzony wyszedł, uderzając nogą w kosz, który stał obok wyjścia ze szkoły. Nie mógł zaprzeczyć, zabolały go jego słowa. Nie miał pojęcia, że tak go odbiera. Chciał to naprawić. Ale nie wiedział jak. Teraz, jego kumpel jest strasznie wkurzony. Musi się trochę uspokoić, żeby Justin mógł z nim porozmawiać. Miał nadzieję, że do jutra mu przejdzie.
Gdy minął już cały podjazd, zauważył tablicę ogłoszeń. Wisiał na niej plakat, który promował bal semestralny. Miał odbyć się za miesiąc, ale wszyscy tak się cieszyli, że od tygodnia wszędzie wisiały różne informacje o atrakcjach i konkursach. Uśmiechnął się sam do siebie, humor od razu mu się poprawił. Takie imprezy zawsze wychodziły super. W tym roku będzie najbardziej wyjątkowa, bo to jego ostatnia klasa. Za niedługo kończył szkołę. Odszedł w kierunku swojego auta. Na parkingu stało tylko kilka z nich, informując o tym, że większość ludzi opuściła już to miejsce. Nie spieszył się do domu, chciał przez chwilę pomyśleć. Starał się jednak być ostrożny, nie miał zamiaru wylądować w szpitalu. Omijał korki, ale nie zawsze mu to wychodziło, dlatego droga zajęła mu 20 minut. Była godzina 15:30, kiedy otwierał drzwi kluczem. Jednak, ktoś już był w środku.
- Wróciłem! – krzyknął.
- Jestem w kuchni! – słyszał to codziennie. Gdzie indziej mogła być jego mama o tej porze? Ściągnął z siebie zbędne ubrania i buty. Czuł znajomy zapach, ale nie mógł sobie przypomnieć co tak pachnie. Wiedział, że bardzo to lubi.
- Cześć mamo, co zrobiłaś na obiad? – zapytał, całując ją w policzek.
- Makaron ze szpinakiem i kurczakiem. Może być?
- Wszystko co ugotujesz będzie mi smakować mamo. – przytulił ją do siebie. Wiedział, że czasami miała na sobie za dużo obowiązków. Ale razem z tatą, starał się wyręczać ją z tych cięższych spraw.
- A gdzie tata? – zapytał zaciekawiony jego nieobecnością.
- Powinien niedługo być. Coś się stało? Wyglądasz na zmartwionego. – mamy zawsze widzą po swoich dzieciach, że coś jest nie tak, jednak on nie miał zamiaru obarczać jej swoimi problemami.
- Nic, czym musiałabyś się martwić. Idę do siebie. Zawołasz mnie jak skończysz?
- Pewnie, idź. – chłopak zabrał plecak leżący na podłodze i wyszedł po schodach do góry. Jego pokój był klimatyczny. Bordowe ściany trochę go przyciemniły, ale dla niego było idealnie.
Położył się na łóżku, myśląc o całym dzisiejszym dniu. Było w porządku. Do czasu. Nagle poczuł, że musi skorzystać z toalety. Gdy załatwił swoją potrzebę, umył ręce i wyszedł z pomieszczenia. Na łóżku coś zabłyszczało. Podszedł bliżej. Zobaczył piękne, czarne, lśniące pióro. Skąd ono mogło się tu wziąć? Przecież okno było zamknięte, a nie przypomina sobie, żeby je tu przyniósł. Zignorował to, może przyczepiło mu się do ubrania, gdy był na zewnątrz. Nie myśląc już o tym, wyszedł z pokoju. Nie wyobrażał sobie tego, że przez kilka nic nieznaczących słów z nieznajomą dziewczyną, może stać się stawką w ogromnej bitwie.
Wyjechał z garażu, po drodze kilka razy przekraczając dozwoloną prędkość. W tej chwili było to mało ważne. Musiał zdążyć. 7.03 zaparkował swój samochód, co było nie lada wyzwaniem. Pobiegł w stronę szkoły, nie myśląc o tym, że jest ślisko. Spostrzegł się dopiero wtedy, gdy wylądował w pięknej zaspie śnieżnej. Pech nad nim czuwał, strzepał z siebie śnieg, mrucząc pod nosem różne niecenzuralne słowa, po czym powoli, tym razem uważnie powędrował do szkoły. Do klasy wszedł równo z nauczycielem, zajął swoje miejsce, rozejrzał się po klasie. Zobaczył swojego kumpla Jareda, który siedział po przeciwnej stronie sali. Nauczyciel rozsadził ich w 2 dzień szkoły i lepiej było z nim nie zaczynać. Kiwnął mu głową. Pogada z nim na przerwie. Właśnie zaczynało się piekło - historia. Coś czego nie lubił najbardziej, miał nadzieję, że nie będzie dzisiaj pytany. Pan Scott, zamiłowany historyk, od dawna powinien był przejść na emeryturę. Dzisiaj szczęście uśmiechnęło się do wszystkich, gdyż szanowny pan nie mógł poradzić sobie z nowoczesną technologią. Justin podziękował w duchu temu, kto wymyślił dzienniki elektryczne.
Lekcja minęła dość szybko, odpisał na parę sms, rozmawiał z Jaredem. Później było już z górki, matematyka z którą nie miał żadnych problemów, wf. Dzień jak co dzień. Ostatnia lekcja to geografia. Gdy usiadł w ławce, czekał na swojego przyjaciela. Jednak on nie pojawiał się.
- Justin, gdzie twój kolega z ławki? – zapytała Pani Scarleton sprawdzając obecność.
- Nie mam pojęcia. Chyba źle się poczuł. – musiał chronić mu dupę.
- Tak jak zawsze na moich lekcjach. Przekaż mu, że może być zagrożony z mojego przedmiotu.
- Tak jest proszę Pani. – Justin wyciągnął telefon i dzwonił do Jareda. Nie odbierał. Co za idiota. Wysłał do niego kilka smsów. Nadal nic.
- Przepraszam, czy mogę wyjść do łazienki? – nauczyciele nie mieli z tym problemów, zwłaszcza gdy chodziło o Justina.
- Jasne. Tylko wracaj szybko.
- Zrobię co w mojej mocy. – nastolatek zaśmiał się, tak jak reszta klasy. Wyszedł na korytarz. Miał zamiar znaleźć Jareda, wiedział, że jest gdzieś w szkole. Miał takie przeczucie. Szedł bocznym korytarzem, widząc część barczystego chłopaka.
- Jared, do jasnej cholery tu jesteś! Naucz się odpisywać na smsy! – wykrzyczał, ale na tyle cicho, aby nie usłyszał go nikt z jakiejkolwiek klasy.
- Kurwa Justin, wytłumacz mnie jakoś u nauczyciela. Muszę ją zaprowadzić do gabinetu, uderzyłem ją, a ona zaczęła krwawić. – odpowiedział. Wyglądał na zdenerwowanego.
- Miałam już ranę, więc to nie twoja wina. Po prostu ją uraziłam. – Powiedziała dziewczyna, której obecność, zauważył dopiero teraz. Spojrzał na nią, na pierwszy rzut oka wyglądała normalnie.
- O kurcze, co ci się stało? – powiedział Justin, patrząc na jej zakrwawiony sweter.
- Mały wypadek. – odpowiedziała.
- To nie wygląda na mały wypadek, ale nie będę się wtrącał. Masz teraz jakąś lekcję? – zapytał tylko dlatego, że nie chciał, aby jego przyjaciel miał problemy.
- Biologia. – powiedziała cicho. Co z nią nie tak? Wstydziła się każdego człowieka na ziemi, czy co?
- Dobra, zaprowadź ją tam, ja się zajmę nauczycielami. Jak będzie po wszystkim, zadzwoń do mnie okej? – powiedział, nie zwracając już uwagi na nastolatkę.
- Okej – ruszyli znów wzdłuż korytarza.
Justin pobiegł w stronę schodów. Sala biologiczna była jego celem. Gdy już wszystko opowiedział z przekonaniem nauczycielce, wrócił na swoją lekcję. Tam też użył swojego uroku.
- Przepraszam, że nie było mnie tak długo, ale po drodze spotkałem Jareda. Musiał odprowadzić jakąś dziewczynę do higienistki. Od razu mówię, że nie wiem co się stało. – Pani Scarleton mu uwierzyła. Usiadł w swojej ławce, mając nadzieję, że ostanie 30 minut szybko zleci.
Gdy dzwonek w końcu zadzwonił, wyszedł szybko z klasy. Miał zamiar znaleźć swojego przyjaciela. Nie miał zamiaru jednak biegać po całej szkole, więc wyciągnął telefon z kieszeni i wybrał numer Jareda. Po kilku sygnałach, odebrał.
- Co tam? Jestem pod gabinetem.
- Dalej? Z tą dziewczyną? – nie miał pojęcia dlaczego, ale go wkurzała. Tak cholernie go wkurzała, że miał nadzieję, że jego kumpel nie będzie chciał z nią utrzymywać kontaktu.
- Tak, czy to jakiś problem? – zapytał.
- Nie. Zaraz tam będę. – ruszył powolnym krokiem w drugim kierunku niż wszyscy uczniowie, którzy skończyli już lekcje. Skręcił w lewo, zauważając chłopaka i nadal tą samą dziewczynę, jednak tym razem była inaczej ubrana. Czy ona ma na sobie jego bluzę? Przecież on zna ją ledwie godzinę i już daje jej swoją bluzę? Upadł na mózg, czy co? Oboje zwrócili wzrok na niego.
- Stary, mam ci przekazać, że możesz być zagrożony z geografii.
- Taaa, no cóż nie jest mi z tego powodu smutno – zaśmiał się cicho, co wywołało uśmiech na dziewczynie, która stała obok.
- To jak? Idziemy już? – zapytał Justin. Nie wiedział, co w niej go tak odpycha. Nie była brzydka, ale też nie w jego guście. Wydawało mu się, że też nie w guście Jareda.
- Tak, idziemy. Abby chcesz może iść z nami? – to go totalnie zszokowało. Już chyba kompletnie postradał zmysły.
- Ja.. Wiesz.. – ciekawiło go to, co sprawia, że jest tak bardzo nie śmiała, ale nie miał żadnej potrzeby by się o tym dowiedzieć.
- Serio? Mieliśmy iść sami. – wkurzył się lekko. Dawno się ze sobą nie widzieli, a on chce zabrać ledwo poznaną dziewczynę ze sobą?
- Okej, widzę, że nie jestem mile widziana. Nie przejmuj się, nie miałam zamiaru iść – zwróciła się do chłopaka o uśmiechu, który zwalił ją z nóg. – Bluzę oddam ci jutro. Cześć – odwróciła się na pięcie i odeszła.
- Zaczekaj, on tego nie miał na myśli! – odpowiedział. Jednak wiedział, że to nieprawda. Jeśli Justinowi coś nie pasowało, mówił o tym otwarcie. Chociaż nie zawsze było to miłe.
- Jestem pewna, że jednak miał. – uśmiechnęła się lekko i odeszła.
- Stary, odbiło ci?! Co ty sobie do cholery myślałeś? – zaczął krzyczeć Jared.
- Ej, ej. Tylko nie pokłóćmy się o jakąś tam laskę, okej? Dopiero co wróciłeś i już mamy się do siebie nie odzywać? Stary, daj spokój.
- Nie, to ty daj spokój. Co ona ci zrobiła? Chciałem jej jakoś wynagrodzić to, co jej zrobiłem. Nie widziałeś w jakim była stanie. W ogóle jej nie znasz. Nie mam ochoty z tobą gadać. Zmieniłeś się. Wkurzasz mnie swoim szczeniackim zachowaniem. Wolałbym mieć starego Justina przy sobie. Cześć. – Słowa wylatywały z niego jak torpeda. Odszedł, nie mówiąc żadnego słowa. A jednak, pokłócili się przez laskę. Nie mógł uwierzyć, że kiedyś do tego dojdzie. Okej, może zachował się trochę chamsko, może jej nie znał. Ale nie wyglądała na osobę, która chciałaby poszerzyć grono swoich przyjaciół.
Wkurzony wyszedł, uderzając nogą w kosz, który stał obok wyjścia ze szkoły. Nie mógł zaprzeczyć, zabolały go jego słowa. Nie miał pojęcia, że tak go odbiera. Chciał to naprawić. Ale nie wiedział jak. Teraz, jego kumpel jest strasznie wkurzony. Musi się trochę uspokoić, żeby Justin mógł z nim porozmawiać. Miał nadzieję, że do jutra mu przejdzie.
Gdy minął już cały podjazd, zauważył tablicę ogłoszeń. Wisiał na niej plakat, który promował bal semestralny. Miał odbyć się za miesiąc, ale wszyscy tak się cieszyli, że od tygodnia wszędzie wisiały różne informacje o atrakcjach i konkursach. Uśmiechnął się sam do siebie, humor od razu mu się poprawił. Takie imprezy zawsze wychodziły super. W tym roku będzie najbardziej wyjątkowa, bo to jego ostatnia klasa. Za niedługo kończył szkołę. Odszedł w kierunku swojego auta. Na parkingu stało tylko kilka z nich, informując o tym, że większość ludzi opuściła już to miejsce. Nie spieszył się do domu, chciał przez chwilę pomyśleć. Starał się jednak być ostrożny, nie miał zamiaru wylądować w szpitalu. Omijał korki, ale nie zawsze mu to wychodziło, dlatego droga zajęła mu 20 minut. Była godzina 15:30, kiedy otwierał drzwi kluczem. Jednak, ktoś już był w środku.
- Wróciłem! – krzyknął.
- Jestem w kuchni! – słyszał to codziennie. Gdzie indziej mogła być jego mama o tej porze? Ściągnął z siebie zbędne ubrania i buty. Czuł znajomy zapach, ale nie mógł sobie przypomnieć co tak pachnie. Wiedział, że bardzo to lubi.
- Cześć mamo, co zrobiłaś na obiad? – zapytał, całując ją w policzek.
- Makaron ze szpinakiem i kurczakiem. Może być?
- Wszystko co ugotujesz będzie mi smakować mamo. – przytulił ją do siebie. Wiedział, że czasami miała na sobie za dużo obowiązków. Ale razem z tatą, starał się wyręczać ją z tych cięższych spraw.
- A gdzie tata? – zapytał zaciekawiony jego nieobecnością.
- Powinien niedługo być. Coś się stało? Wyglądasz na zmartwionego. – mamy zawsze widzą po swoich dzieciach, że coś jest nie tak, jednak on nie miał zamiaru obarczać jej swoimi problemami.
- Nic, czym musiałabyś się martwić. Idę do siebie. Zawołasz mnie jak skończysz?
- Pewnie, idź. – chłopak zabrał plecak leżący na podłodze i wyszedł po schodach do góry. Jego pokój był klimatyczny. Bordowe ściany trochę go przyciemniły, ale dla niego było idealnie.
Położył się na łóżku, myśląc o całym dzisiejszym dniu. Było w porządku. Do czasu. Nagle poczuł, że musi skorzystać z toalety. Gdy załatwił swoją potrzebę, umył ręce i wyszedł z pomieszczenia. Na łóżku coś zabłyszczało. Podszedł bliżej. Zobaczył piękne, czarne, lśniące pióro. Skąd ono mogło się tu wziąć? Przecież okno było zamknięte, a nie przypomina sobie, żeby je tu przyniósł. Zignorował to, może przyczepiło mu się do ubrania, gdy był na zewnątrz. Nie myśląc już o tym, wyszedł z pokoju. Nie wyobrażał sobie tego, że przez kilka nic nieznaczących słów z nieznajomą dziewczyną, może stać się stawką w ogromnej bitwie.
♥♥♥
CZYTASZ = KOMENTUJESZ
naprawdę dobry rozdział ♥
OdpowiedzUsuńnie mogę doczekać się next ;p
zapraszam do mnie xx
zapraszam również do mnie ♥
fuck-everything-im-belieber.bloblo.pl